Udostępnij

Misje w oczach tych, którzy zostają - Ola K.

„Misje w oczach tych, którzy zostają”

Kiedy Aga poprosiła mnie dwa lata temu o napisanie kilku słów refleksji, nie byłam na to gotowa. Nie umiałam wyrazić, zebrać, doprecyzować tego, co czują moje niepokorne oczy zostające tutaj.

Minęło sporo czasu, zarówno on, jak i liczne wydarzenia pozwoliły mi wreszcie ubrać w słowa, co myślę i czuję.

Aga. Chodząca odwaga, indywidualistka, potrafiąca zjednać każdego. Poznałyśmy się na studiach magisterskich i choć dzieli nas spora różnica wieku, prawie pokolenie, od razu złapałyśmy wspólny język. Może dlatego, że ja czasem też lubię podążać swoją ścieżką, niekoniecznie zrozumiałą dla innych.

Kiedy wyjeżdżała na pierwszą misję, pomyślałam- „oszalała dziewczyna”. Kiedy wyjeżdżała na drugą, byłam pełna podziwu dla Jej poświęcenia, odwagi, determinacji.

Bóg tylko jeden wie, jak bardzo się martwiłam, czy wróci z niej cała i zdrowa, fizycznie i psychicznie. Każda wiadomość od Niej, każda rozmowa były jak święto, z poczuciem ogromnej ulgi, że żyje. Aga sama nigdy nie porusza publicznie tematu, że Jej życie to ogromne ryzyko i trwanie w zagrożeniu wojną, niedostatkiem, śmiertelnymi chorobami.

Ale... byłabym hipokrytką, gdybym przyznała się Wam tylko do strachu o Agi zdrowie i życie. W okresie Afryki, Kamerunu, Kongo, Bunkey’a był czas, kiedy dominował we mnie gniew, że wybrała taki cel w życiu; że jako pielęgniarka mogłaby się świetnie realizować przecież w Polsce (zwłaszcza wobec kryzysu w tej profesji), bo przecież tutaj też potrzebujących nie brakuje i biedy jest niemało. Gniew, że zostawiła wszystko, rozstała się z rodziną i przyjaciółmi na długi czas, skazując nas na tęsknotę i zamartwianie się o Jej los. Krótko- po prostu byłam na Agę wkurzona...

Teraz, po czasie widzę, że to była taka reakcja obronna mojej psychiki, że starałam się na siłę znaleźć negatywy tylko po to, żeby wytworzyć dystans, martwić się o Nią nieco mniej i trochę mniej przejmować. Szczerze? Nie pomogło, bo gniew nie jest dobrym lekiem na nic, ale na szczęście minął dość szybko, a jego pojawienie dało mi sygnał, że muszę sobie w głowie uporządkować parę rzeczy. Pomogło, kiedy tłumaczyłam Córce po stracie Cioci, że im bardziej w życiu ludzi kochamy, są nam bliscy i mamy z nimi silną więź, tym bardziej nas boli, kiedy oni cierpią lub odchodzą. Paradoksalnie- im bardziej kochamy, tym większe ryzyko, że będziemy płakać, ale to przecież nie oznacza, że mamy wyrzucić wszystkie uczucia wyższe i emocje ze swojego życia i żyć samemu dla siebie z obojętnością dla świata i ludzi. Może po prostu powinniśmy zaakceptować to, na co nie mamy wpływu i cieszyć się tym, co jest, co zostało? To trudne, ale do zrobienia...

We wrześniu ulga była ogromna- Aga przyleciała do Polski cała i (prawie) zdrowa. My wszyscy, znajomi, rodzina, przyjaciele liczyliśmy, że teraz nastąpi czas spotkań, wspólnych kaw i rozmów. Czas Agi zasłużonego odpoczynku. Oj, troszkę się pomyliliśmy.

Na szczęście już we wrześniu Aga zaproponowała mi wspólny wyjazd na spotkanie misyjne do Lublina. Spakowałam nastoletnie dziecię, siebie i pojechałyśmy na ten nasz jedyny (jak się teraz okazuje) wspólny spontan. To właśnie w Lublinie mogłam posłuchać o misjach, obejrzeć wstrząsające zdjęcia, zobaczyć, czym się różni nasze życie. Wtedy też zrozumiałam, jak bardzo nie doceniamy tego, co jest nam dane, co możemy mieć tutaj w Polsce, jak bardzo różne są te dwa światy- Agi misje i moje (Wasze) życie.

Przy zdjęciach ran, zwłaszcza ran dzieci, polały się łzy. Od jakiegoś czasu leczenie ran stało się bliskim dla mnie tematem i wyzwaniem. Tylko że ja mam dostępne wszystkie możliwe środki, leki, badania, preparaty żywieniowe, nowoczesne opatrunki specjalistyczne, a Aga ma tylko swoje ręce, wiedzę, bardzo skromne zaopatrzenie medyczne i... fasolę do uzupełnienia niedoborów pokarmowych. Ranę, którą ja mam możliwości wyleczyć, zamknąć w dwa tygodnie, Aga leczy miesiącami lub... nie wyleczy wcale.

Napisałam, że wszyscy myśleliśmy, że Aga na tym urlopie skupi się na odpoczynku. Ona sama wybrała inną opcję- żeby wykorzystać ten czas na zbieranie funduszy, żeby uratować czyjeś życie, konkretnie- życie pewnej afrykańskiej pielęgniarki z niewydolnością nerek. I teraz napiszę coś, czego może nie powinnam- nikt z nas, głównie medyków, pomimo osobistego i emocjonalnego zaangażowania w sytuację Micheline nie wierzył, że uda się zebrać fundusze potrzebne na dializy i przeszczepienie nerki. Ale dla Agi nie ma rzeczy niemożliwych i udowodniła nam to dobitnie po raz kolejny...

Aga wyjeżdża na kolejną misję. Tym razem nie ma we mnie żalu, gniewu. Jest oczywiście troska, ale chyba już taka mądrzejsza. Jest i radość, że może spełniać swoje cele i dążyć do kolejnych. Wytyczać kolejne ścieżki pełne afrykańskiego błota, w niektórych miejscach wybrukowane wdzięcznością uratowanych ludzi.

Aga wylatuje.

Ja zostaję. Ty też pewnie zostajesz.

Tak się złożyło, że to tutaj, w Polsce mam swoje Kongo, a w Bielsku- Białej swoje Bunkey’a. Na co dzień pracuję w Oddziale Anestezjologii i Intensywnej Terapii, jestem pielęgniarką.

Czasem z sarkazmem podsumowuję swoją codzienność, że jest to przeciąganie liny z Panem Bogiem. Wraz z Zespołem walczymy o czyjeś życie, które wisi na włosku, nie odchodzimy od pacjenta 24 godziny na dobę, utrzymujemy przy życiu za pomocą ogromnej ilości leków i specjalistycznego sprzętu i cieszymy się, że wygrywamy. Czasem to zwycięstwo okazuje się pozorne, bo pomimo starań chory umiera i to nie dlatego, że my nagle wypuszczamy linę z rąk albo straciliśmy siłę, ale dlatego że ostatecznie o wszystkim decyduje Pan po drugiej stronie liny, nie my. Przecież Jego siła pozostanie zawsze największą.

Jak większość polskich pielęgniarek mam też drugą pracę, opiekę nad chorymi wentylowanymi w domu. Chorzy, którzy żyją i funkcjonują dzięki pomocy respiratora. Kilku wspaniałych ludzi, którzy zarażają mnie niemal na każdej wizycie optymizmem i radością życia. Te osoby nie narzekają, że ich codzienność jest zależna od małego urządzenia i czasem jeszcze koncentratora tlenu. Są wdzięczni, że mogą żyć i korzystać z dobrodziejstw medycyny.

Dlaczego Wam o tym wszystkim piszę?

Dlatego, że Niestety w Afryce nie wygląda to tak różowo. Nie tylko dlatego, że tam nie ma „nieszczęsnego” NFZ, na który tak mocno narzekamy.

Tamtejsze realia odcinają chorym ludziom drogę do leczenia, dalszego życia i normalnego funkcjonowania. Tam umiera się na banalne schorzenia, które u nas w Polsce leczy się prosto i bezpłatnie. Tam bogatsi mogą liczyć na „pomoc” szamanów, biedniejsi na cud, wszyscy- na ograniczoną pomoc misjonarzy- Medyków, takich jak nasza Aga. Ograniczoną, bo Aga pomimo ogromnego serca nie jest w stanie pomóc wszystkim, a tym , którym może- musi mieć czym leczyć. Słowem- Agnieszce nie wystarczą same umiejętności i siły do pracy, potrzebuje realnych środków, żeby móc pomagać. Potrzebuje leków, sprzętu, opatrunków, środków medycznych, narzędzi do pracy.

I tak sobie pomyślałam, że chociaż ja nie mogę polecieć do Afryki, żeby realnie i osobiście pomóc potrzebującym i wspierać Agę ramię w ramię, to... zawsze przecież mogę zostać małym misjonarzem na odległość. Mogę nie tylko podziwiać Agnieszkę, ale faktycznie wspomóc Jej działania. Nie mogę porzucić swojej misji tutaj, zostawić Córki, Rodziców, kochających mnie Osób, Pacjentów, domu, pracy. Ale mogę kontynuować swoje dotychczasowe życie i podzielić się tym, co mam i mogę osiągnąć tutaj- czyli wspomagać misję Agi wpłatami, które zostaną wykorzystane na pomoc medyczną potrzebującym w Afryce.

Pewnie Ty też nie możesz porzucić swoich zadań i obowiązków tutaj, nie możesz polecieć z Agą.

Pamiętaj, że Twoja obecna misja jest też ważna, niezależnie czy jest nią nauka, praca, wychowywanie dziecka, utrzymanie rodziny, pomoc schorowanym, zależnym od Ciebie członkom rodziny, czy cały szereg innych powodów, dla których tutaj, w Polsce jesteś. Ale proszę, pomyśl, czy mógłbyś/ mogłabyś zostać pomocnikiem Agi na odległość, jej sprzymierzeńcem, polskim misjonarzem „na odległość”. Jeśli jesteś osobą wierzącą, pamiętaj również o wartości modlitwy za Agi zdrowie, życie, siłę do realizacji ogromnie trudnych zadań. Jeśli możesz Ją wesprzeć w czasie kolejnej misji- serdecznie dziękuję.

Aga. Leć ostrożnie, uważaj na siebie. Dbaj o siebie choć w połowie tak, jak o swoich pacjentów, proszę. My tutaj będziemy pokornie czekać na każdy kontakt z Tobą i na kolejne spotkanie. Kochamy Cię!

Z całego serca życzę Ci, żebyś już wkrótce mogła powiedzieć „Tak, jestem spełniona i szczęśliwa”.

 Ola 

Blog
Do góry
0px
Blog

Korzystanie z niniejszej witryny oznacza zgodę na wykorzystywanie plików cookies. Zmiany warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do plików cookies można dokonać w każdym czasie. Polityka Prywatności    Informacje o cookies

ROZUMIEM