Udostępnij

Perspektywa.

Artykuł został opublikowany w styczniowym numerze czasopisma Misyjne Drogi. 

"Zmiana perspektywy. Wszyscy prędzej czy później ją poznamy. Będziemy wpatrywać się w nieznośnie powoli kapiące krople w kroplówce. Będziemy czuć ból, doświadczać własnej bezsilności. Będziemy zmieniać swoje najważniejsze plany, bo nie starczy nam sił, żeby wstać z łóżka. Najczęściej to właśnie wtedy, ta zmiana perspektywy, ubogaca nas do czulszego spojrzenia na osoby chore i niepełnosprawne. Kiedy ja na krótką chwilę zamieniłam się z pielęgniarki w pacjentkę - pielęgniarka zrobiła mi warkocza. Pamiętam to dużo bardziej, niż jakiekolwiek procedury medyczne. Dlaczego o tym piszę?

To jest dokładnie pielęgniarstwo na misjach. Szpital w którym pracuję (Bagandou, Republika Środkowoafrykańska) to placówka socjalna, oznacza to, że udzielamy opieki medycznej także osobom najuboższym oraz pigmejom z plemienia AKA, którzy nie są w stanie zapłacić za swoje leczenie (w RCA opieka medyczna jest płatna). Republika Środkowej Afryki to jeden z najbiedniejszych krajów świata. Kraj zmaga się z licznymi trudnościami oraz od wielu lat trwającą rebelią. Sytuację dodatkowo pogarsza brak infrastruktury, brak dostępu do żywności, bieżącej wody, edukacji, ochrony zdrowia.

 Szpital stworzony w tym miejscu przez diecezję tarnowską jest dedykowany przede wszystkim właśnie pigmejom oraz najuboższym mieszkańcom okolicznych wiosek. Pigmeje AKA najczęściej nie podejmują prac zarobkowych, zajmują się łowiectwem, więc nie posiadają pieniędzy, żyją w lasach i osadach oddalonych od wiosek. Przez wiele lat, aż do dziś są uważani za „podludzi” wśród reszty mieszkańców kraju. Pomimo ogromnego wkładu pracy misjonarzy i organizacji humanitarnych wciąż są wykorzystywani do pracy i poniżani. My staramy się tworzyć miejsce, w którym mogą czuć się zaopiekowani i bezpieczni.

Zaopiekowani to słowo klucz. W niejako zapomnianych miejscach świata nie mamy zaawansowanych możliwości diagnostycznych i leczniczych, pomimo ciągłej walki o jakość oferowanej opieki. My jako misjonarze piszemy projekty dzięki którym możemy zdobywać fundusze na niezbędne leki, opatrunki, wyposażenie. Dzięki pomocy ofiarodawców z Polski ta podstawowa pomoc medyczna jest możliwa zawsze, 7 dni w tygodniu, 24h/dobę. Każdego roku przyjmujemy w naszej placówce wolontariuszy medycznych – lekarzy, pielęgniarki, diagnostów laboratoryjnych – w celu prowadzenia szkoleń dla lokalnego personelu lub wykonania skomplikowanych operacji ratujących życie, których sami nie zdołalibyśmy przeprowadzić. To ludzie o wielkich sercach, którzy poświęcają swoje urlopy po to, żeby dać nadzieję ludziom, którzy nigdy wcześniej jej nie doświadczyli.

- Dziękujemy Bogu, że jest w naszej wiosce szpital do którego zawsze możemy przyjść, w którym jesteśmy szanowani, w którym dostajemy jedzenie, gdy jesteśmy głodni i ubrania, gdy jesteśmy brudni. Nie ma tutaj drugiego takiego miejsca. – powiedział mi kiedyś jeden z naszych pacjentów, p.Lazin, który w szpitalu spędził kilka miesięcy z powodu leczenia choroby przewlekłej. To co dla mnie, jako medyka, jest ciekawe w rozmowach z pacjentami, że najczęściej dziękują właśnie za te, wydawałoby się, najprostsze rzeczy. Rzeczywiście są jednak największym darem, jaki w naszych realiach możemy komuś dać.

Jakiś czas temu przyszła do nas z lasu młoda pacjentka, Claudia, z ogromnym guzem i raną na kończynie dolnej. Bała się przyjść kiedy guz był mały, ponieważ nie miała pieniędzy na leczenie. Była skrajnie niedożywiona (z powodu choroby, ale przede wszystkim z powodu warunków życia). Chcieliśmy o nią zawalczyć, zabraliśmy ją do stolicy w celu wykonania badań i konsultacji onkologicznej, która potwierdziła diagnozę choroby nowotworowej. Zdobyliśmy chemioterapię, jedyny rodzaj dostępny w tym kraju, jednak nie przynosiła ona rezultatów. Była z nami do samego końca i uczyła mnie docenienia tego, jak wiele dla niej znaczy nasza obecność. Zawsze gdy mnie widziała chciała, żebym trzymała jej rękę i tak byłyśmy w tym razem, w milczeniu.

W tym samym czasie przebywał w szpitalu także p. Hugo, pigmej plemienia AKA, który również trafił do nas bardzo chory, z ciężkim niedożywieniem. Udało nam się o niego zadbać, leczenie żywieniowe sprawiło, że odzyskał siły i energię. W dniu wypisu do domu okazało się, że mieszka zupełnie sam. Pomogliśmy mu się wykąpać, ogolić, daliśmy czyste ubrania i „wyprawkę” – zapas ryżu, fasoli i garnek. Odwieźliśmy go karetką do domu, a on na pożegnanie powiedział nam, że świat dla niego nigdy nie był tak piękny jak dziś, lecz jego prawdziwym domem był szpital w Bagandou. Po kilku dniach otrzymaliśmy informację, że zmarł, został znaleziony w swoim malutkim domku, z uśmiechem na twarzy.

 Towarzyszenie osobom chorym to także wspólna modlitwa. Możliwe, że wtedy to oni towarzyszą nam, prowadzą nas wydobywając z otchłani intelektualnych medycznych rozważań – pokazując nam miejsce na niewiedzę i akceptację swojego losu właśnie takim jakim jest. Ufność chorych i niepełnosprawnych wobec Boga jest tajemnicą, myślę, że to coś bliskiego między Nimi, jakaś więź między ich cierpieniem i Jego cierpieniem. W ich modlitwie jest zaufanie, że ostatecznie czekają na nich jeszcze piękne chwile, że Bóg może ich uzdrowić lub dać im siłę w życiu z konsekwencjami choroby. Chorzy, niepełnosprawni, ubodzy, słabi – są sercem naszego misyjnego Kościoła.

Wielokrotnie o tym mówię, gdy dzielę się doświadczeniem z misji, że jest to praca w której wydawałoby się, że to my coś dajemy, ale przede wszystkim to my otrzymujemy tutaj najważniejsze lekcje miłości. W lokalnym języku sango przepięknie brzmią słowa „ufam Tobie” - Mbi zia be ti mbi na mo – tzn. daję Ci swoje serce, a „zaufaj mi” - Mo zia be ti mo na mbi – Zostaw mi swoje serce… Bardzo często mówię to swoim pacjentom, gdy boją się, że sprawię im ból zastrzykiem, czy oczyszczaniem rany. Zostaw mi swoje serce… Tego uczą nas chorzy, niepełnosprawni, ubodzy, wykluczeni… Miłości. Zostawiania im mojego serca i wielkiej uważności na ich serca. Kiedyś myślałam, że nadzieja to szansa na proces zdrowienia. Teraz już jestem pewna, że nadzieja to garnek fasoli, ryżu czy kubek herbaty. To wyrzucenie za siebie zegarka i posiedzenie na brudnym dywaniku z pacjentami. To wysłuchanie ich i usłyszenie. To sprawienie, żeby poczuli się dla nas ważni. To okazanie im współczucia i wspólne przechodzenie przez bezsilność ich rzeczywistości. To zrobienie warkocza… Człowiek w każdym miejscu na świecie tak samo wpatruje się zmęczonymi oczami w powoli kapiące krople kroplówki, tak samo odczuwa ból, tak samo boi się o swoje życie i swoich bliskich. W każdym miejscu świata możemy podjąć się misji opieki nad osobami chorymi. Obecnie słyszy się głosy, aby odchodzić od określeń „powołanie” czy „misja” wobec pracowników ochrony zdrowia. Tak samo jak od słów „poświęcenie” czy „wyrzeczenie”. Ja natomiast myślę, że to najpiękniejsze słowa jakie można do nas skierować, bo to właśnie nam ludzie oddają swoje serca. I to także jest zmiana naszej perspektywy. Mo zia be ti mo na mbi…"

Blog
Do góry
0px
Blog

Korzystanie z niniejszej witryny oznacza zgodę na wykorzystywanie plików cookies. Zmiany warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do plików cookies można dokonać w każdym czasie. Polityka Prywatności    Informacje o cookies

ROZUMIEM